Twoje wewnętrzne dziecko (Ewa Foley)

Ewa Foley – esej o wewnętrznym dziecku..

Motto: Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo!

Większość z nas żywi przekonanie, że powinniśmy być jedną zintegrowaną osobowością, toteż często zastanawiamy się, dlaczego jesteśmy tacy niekonsekwentni. Jednego dnia czujemy się świetnie, a drugiego beznadziejnie. Czasami te zmiany nastrojów mogą następować dosłownie z minuty na minutę. Trzeba zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy jedną osobą: wszyscy mamy wielu „innych” w swoim wnętrzu, wiele różnych pod-osobowości. Każda nich jest bardzo specyficzną osobą, mającą swoje własne potrzeby, pragnienia, poglądy i opinie. Mamy na przykład taką osobowość, która uważa, że najważniejszą sprawą w życiu jest praca. Jeżeli ta osobowość miałaby kierować naszym życiem, nie robilibyśmy nic innego, tylko ciężko pracowali. Ale możemy mieć w swoim wnętrzu kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto lubi odpoczywać, relaksować się, nawet leniuchować, cieszyć się życiem. Na ogół silniej identyfikujemy się z jedną z tych osób. Jeżeli jesteśmy pracoholikami, będziemy silnie identyfikowali się z tą częścią nas, która jest zainteresowana tylko pracą, i ignorujemy, wypieramy lub odsuwamy na bok ten drugi aspekt siebie, tę osobę, która jest hedonistą, uwielbia oddawanie się przyjemnościom albo po prostu lubi nic nie robić. Często pomiędzy nimi istnieje konflikt interesów. Odczuwamy to jako wewnętrzny konflikt i nie wiemy czego tak naprawdę chcemy. Każda z tych podosobowości jest tak samo ważnym i zasługującym na szacunek aspektem naszej tożsamości; warto się z nim poznać, zaprzyjaźnić, docenić. Właśnie poprzez pozwolenie sobie na wyrażenie tych różnych pod-osobowości możemy osiągnąć wewnętrzną równowagę i spokój. Zamiast identyfikować się z jednym z tych spolaryzowanych aspektów, warto poznać je oba, a potem ŚWIADOMIE dokonać wyboru, w którym momencie naszego życia jedna z nich powinna przejąć rolę wiodącą.

Zaznajamianie się z tymi różnymi częściami swojego „Ja” jest fascynującym doświadczeniem. Lubię myśleć, że nie jestem jedną osobą lecz rodziną, która mieszka w moim wnętrzu. Jak w większości rodzin – także i w tej – jest miłość i są konflikty oraz różnice zainteresowań. Chodzi o to, aby pozwolić każdemu członkowi swojej wewnętrznej rodziny na odegranie własnej roli i pełną ekspresję – tak aby rodzina ta żyła w harmonii

Jednym z najważniejszych aspektów nas jest wewnętrzne dziecko, czyli to dziecko, które mieszka w naszym wnętrzu. Tak naprawdę mamy w sobie wiele dzieci; mamy w sobie dzieci w różnym wieku, ze wszystkich okresów swojego dzieciństwa – od wewnętrznego niemowlęcia aż do wieku dojrzewania. Mamy w sobie bardzo wrażliwe, emocjonalne dziecko. To właśnie czujące wrażliwe dziecko jest bazą naszych emocji. Żeby więc nawiązać kontakt ze swoimi emocjami i móc je zaakceptować, musimy pozostawać w kontakcie z tym właśnie dzieckiem. Jest też dziecko rozbawione. To dziecko chce się bawić, umie to czynić, bo wszyscy jako małe dzieci umieliśmy to wspaniale robić. Wszyscy mamy też w sobie dziecko, które jest radosne, rozpromienione, rozbawione, rozgląda się za okazją do dobrej zabawy. Mamy w sobie także magiczne dziecko – naturalnie połączone z magią wszechświata. Niestety, większość z nas traci to połączenie w procesie dorastania. Będąc dziećmi mieliśmy bezpośredni dostęp do innych wymiarów. Niektórzy z nas widzieli elfy, duchy natury, rozmawiali z krasnoludkami lub niewidzialnymi przyjaciółmi. Nasz magiczny wymiar pochodzi właśnie od tego dziecka. Jest w nas także mądre dziecko. To ten aspekt nas, który wszystko wie i widzi. Zna prawdę i mówi tylko prawdę. Wie, co czuje i co czują inni. Potrafi się przebić przez fasadę sztuczności, tak popularną w świecie dorosłych.

Tak jak z innymi naszymi pod-osobowościami, z którymi chcemy nawiązać kontakt, dobrze jest zacząć od kontaktu z zewnętrznymi, prawdziwymi dziećmi. Wielu z nas doświadczyło wszechogarniającego porozumienia podczas kontaktu wzrokowego z małym dzieckiem. Wielu, obserwując bawiące się dzieci, miało ochotę się pobawić. Niekiedy dziecko na ulicy czy w sklepie powie do nas coś tak mądrego i głębokiego, iż mamy wrażenie, że to dziecko wie o nas dużo więcej niż my sami. Dzieci odzwierciedlają nasze wewnętrzne dziecko. Często polecam uczestnikom moich zajęć, aby spędzili co najmniej 24 godziny z małym dzieckiem, najlepiej tej samej płci. Można się w ten sposób wiele o sobie dowiedzieć.

Wierzę, że to właśnie wewnętrzne dziecko jest najważniejszym aspektem, z którym należy nawiązać kontakt. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. My – istoty duchowe – przychodzimy na świat jako dzieci. Dziecko jest tą cząstką osobowości, która jest najbliżej naszej esencji duchowej. Nowo narodzone niemowlę w istocie jest czystą esencją duchową. Dlatego właśnie wzrusza i głęboko przejmuje przebywanie z bardzo małymi dziećmi – widzimy wtedy odbicie swojego ducha. Im bardziej nawiązujemy kontakt z własnym wewnętrznym dzieckiem, tym bliżej jesteśmy swojej prawdziwej esencji duchowej. Kultywowanie naszego związku z wewnętrznym dzieckiem automatycznie umożliwia połączenie z tą esencją, która wtedy może się w pełni wyrazić.

Nawiązanie kontaktu ze swoim wewnętrznym dzieckiem jest ważne też dlatego, że ma ono klucz do naszej kreatywności. Wszyscy wiemy, jak twórcze są dzieci; bez końca tworzą, ciągle wymyślają różne gry i zabawy. Wypełnione wyobraźnią i kreatywnością, lubią rysować, malować, wymyślać piosenki, tańczyć. Są nieprawdopodobnie twórczymi istotami. Ostatnio obserwowałam małą dziewczynkę, kiedy postanowiła być „głupią myszką” – biegała rozrzucając klocki i śmiejąc się do rozpuku. Ilu z nas zabawa w „głupią myszkę” uratowałaby przed depresją i chorobami…??? My, dorośli, też mamy w sobie tę twórczą esencję. Kontakt z wewnętrznym dzieckiem wyzwala drzemiącą w nas kreatywność. Tę cząstkę, która nie boi się eksperymentować i próbować nowych rzeczy. Jeżeli masz ochotę zrobić coś, czego jeszcze nie robiłeś – śpiewać, malować czy lepić garnki z gliny – to ZRÓB TO jak najszybciej! Gdy dziecko rysuje obrazek, nie zastanawia się, jak będzie on oceniony przez krytyków. Robi to, bo sprawia mu to radość! Właśnie w ten sposób możemy uwolnić swoją kreatywność – poprzez wyzwolenie esencji dziecka, które po prostu chce się bawić, spróbować wszystkiego, co jest dobrą zabawą, ryzykiem, radością… Dzieci nie boją się być inne, nie boją się ryzykować, aby zaspokoić swoją ciekawość.

Im więcej pomagam ludziom w skontaktowaniu się z energią wewnętrznego dziecka, tym wyraźniej widzę, jak proces ten pomaga w rozwinięciu twórczego potencjału, w zdobywaniu większej niezależności, podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w przekraczaniu winy, niepożądanych nawyków, nadmiernego krytycyzmu i… wstydu. Im bliżej pozostajemy swojego wewnętrznego dziecka,tym lepszymi rodzicami jesteśmy. Wyobraźcie sobie sami, jakie to śmieszne i patetyczne, gdy kilkuletnie dzieci w dorosłych ciałach usiłują wychowywać kilku- lub kilkunastoletnie własne dzieci!!!

Innym ważnym powodem kontaktowania się z wewnętrznym dzieckiem jest fakt, że ma ono klucz do bliskości w związkach z innymi ludźmi. Dziecko jest tą cząstką nas, która odczuwa najgłębsze emocje, która naprawdę potrafi kochać, która jest wrażliwa, otwarta i bezbronna. Nie możesz doświadczyć prawdziwej bliskości z partnerem jeżeli nie jesteś otwarty na miłość i bezbronny. Sondra Ray, doświadczona trenerka i autorka Cudu związków miłości, mówi: Miłość odkrywa wszystko to, co nią nie jest; Miłość zawsze leczy, jeżeli jej na to pozwolisz. To właśnie wrażliwe dziecko pozwala nam zbliżyć się do ludzi. Jeżeli nie będziemy z nim w kontakcie, nigdy nie doświadczymy prawdziwej intymności w związku partnerskim. W czasie procesu uczenia się bycia z dzieckiem, opiekowania się nim, chronienia go, pozwalania mu na wyrażanie siebie w odpowiedni sposób możemy doświadczyć radości płynącej z bliskich relacji partnerskich.

Niektórzy z nas mają bliski kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem albo znają takich, co go mają. Pewnie wiesz, kogo mam na myśli. To ci, z którymi przebywanie jest prawdziwą przyjemnością i zabawą, z którymi dobrze się czujemy, którzy wzruszają nas tak samo jak małe dziecko. Niestety, większość z nas wyparła się lub zapomniała o swoim wewnętrznym dziecku. Bardzo wcześnie odkryliśmy, że świat nie jest bezpiecznym miejscem. Tak więc wcześnie zaczęliśmy wznosić mury obronne wokół dziecka. Struktura naszej osobowości jest tak skonstruowana, aby jak najlepiej chronić tę wrażliwą, delikatną esencję. Te mury obronne stają się coraz potężniejsze. Wytwarzamy również coraz więcej mechanizmów umożliwiających przeżycie tego niewinnego dziecka. W końcowym etapie dochodzi do tego, że przywalone jest ono stertą gruzu w naszym wnętrzu. I właśnie w takim stanie funkcjonuje większość z nas. Dziecko ukryte jest tak głęboko, że nawet nie wiemy o jego istnieniu. Podobnie jak automaty, uruchamiane są nasze systemy obronne i mechanizmy przeżycia. Zapominamy, że robimy to, by chronić swoje wewnętrzne dziecko. A ono cierpi, gdyż potrzeby jego nie są zaspokajane. Dziecko nigdy od nas nie odejdzie, nie dorośnie, nie umrze! Jest w nas przez całe życie. Jego potrzeby stają się naszymi potrzebami. Jeżeli nie jesteśmy ich świadomi to, nie zdając sobie z tego sprawy, cały czas będziemy usiłowali je zaspokoić.

Dziecko desperacko upomina się o zaspokojenie swoich potrzeb i na poziomie nieświadomym właśnie to staje się główną motywacją naszych działań. Tak więc na przykład możemy rozwinąć pod-osobowość pracoholika. Ciężko pracujemy usiłując zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, by dziecko czuło się bezpiecznie. Tak spędzamy całe życie: ciężko pracując, gromadząc pieniądze i inne dobra materialne. Osiągamy sukces i dziwimy się, dlaczego nie daje nam to satysfakcji. Dlatego, że zapomnieliśmy o dziecku, którego bezpieczeństwo było głównym motorem naszego działania. Czasami dziecko sabotuje naszą szansę na osiągnięcie sukcesu, ponieważ wie, że JEGO potrzeby nie będą w ten sposób zaspokojone. Często zauważam, że u osób, które marzą o sukcesie, ale nie mogą go osiągnąć – blok ten pochodzi od dziecka, którego podstawowe potrzeby nie są zaspokojone. Wtedy dziecko w sprytny sposób zablokuje każda szansę na osiągnięcie sukcesu – do momentu kiedy nim się nie zaopiekujemy, otoczymy miłością, zaczniemy spędzać z nim więcej czasu, bawić się, słuchać jego potrzeb.

Tak więc skontaktowanie się z dzieckiem jest prawdziwym wyzwaniem. Wyzwaniem jest ŚWIADOMA nad nim opieka. Świadomie zaspokajanie jego potrzeb. Automatycznie pozwoli nam to na osiągnięcie równowagi i określenie swojego systemu wartości w życiu. Każde dziecko potrzebuje miłości, uwagi, kontaktu, radości, możliwości uczciwego, kreatywnego wyrażenia siebie. Jeżeli mu to umożliwimy, cała nasza osobowość zacznie się harmonizować w zdrowy i zrównoważony sposób. Nareszcie będziemy mogli być w pełni sobą.

JAK SKONTAKTOWAĆ SIĘ ZE SWOIM WEWNĘTRZNYM DZIECKIEM?

Jest wiele sposobów. Możemy to zrobić praktykując śpiewanie, tańczenie, malowanie, rysowanie, zabawę, przebywanie z dziećmi, dziecięce zabawy. Możemy to także uczynić przebywając na łonie natury i na przykład ze zwierzętami. Dzieci kochają zwierzęta. Niedawno moja chrześniaczka Ania z entuzjazmem pokazała mi swojego nowego przyjaciela, królika. Ania mówi o sobie „królik”…, a o Babci „konik”. Weźmy z niej przykład i zwracajmy się do siebie ulubioną zdrobniałą formą swojego imienia. Ja się rozpływam, gdy mój ukochany mówi do mnie Ewuś. Jest to kojący balsam dla mojej „małej dziewczynki”. Od razu ją widzę, jak podskakuje z radości, szczerząc bezzębny uśmiech! Jedna z uczestniczek mojego treningu UZDROWIENIA WEWNĘTRZNEGO DZIECKA w Krakowie nawiązała kontakt ze swoją „małą dziewczynką” poprzez wyjście na środek i recytowanie wierszyków zawstydzonym sepleniącym głosem, kręcąc róg niewidzialnego fartuszka. To było piękne i wzruszające. Płakaliśmy i śmieliśmy się jednocześnie, bijąc jej brawa na bis. Możemy też po prostu kupić sobie ulubioną zabawkę z dzieciństwa lub pluszowego misia. Możemy pozwolić dziecku wyrazić, czego potrzebuje pracując z lustrem. To bardzo proste. Popatrz sobie w oczy i zapytaj swojej wewnętrznej dziewczynki czy chłopczyka: Co mogę dzisiaj dla Ciebie zrobić? Na co masz ochotę? Poczekaj na odpowiedź i ZRÓB TO ! Może chce iść na lody lub na spacer? Spełnij codziennie JEDNĄ prośbę swojego dziecka, a twoje życie zacznie się zmieniać. Także do lustra codziennie powiedz swojemu dziecku: Kocham Cię i nigdy Cię nie opuszczę!

Często polecam napisanie listu od dużej Ewy do Małej Ewuni. Może on wyglądać tak:

Kochana Mała Ewuniu,

wiem, że jesteś bardzo samotna i przerażona. Wiem, jak bardzo boisz się być sobą. Wiem, jak ci smutno, że nikt nie wie, jaką jesteś wspaniałą dziewczynką i co naprawdę czujesz. Ja przynależę do twojej przyszłości i wiem najlepiej, jak wiele wycierpiałaś i jak ci jest ciężko. Wybacz mi, że tak bardzo cię zaniedbałam, że cię opuściłam. Kocham cię i obiecuję, że zawsze będą miała dla ciebie czas. Pozwolę ci być naprawdę sobą, taką jaką jesteś. Nauczę cię równowagi i pozwolę ci się bać, złościć, cieszyć i smucić. Proszę, pozwól mi być z tobą na zawsze.

Twoja kochająca

duża Ewa

A potem napisanie listu od zranionego i opuszczonego dziecka. Ten list dobrze jest napisać lewą ręką (prawą dla leworęcznych). Mój list był taki:

Droga Duża Ewo,

wybaczam ci. Proszę przyjdź po mnie. Ukrywam się pod stołem od 40 lat. Boję się. Bardzo ciebie potrzebuję.

Przyjdź i nie opuszczaj mnie już nigdy.

mała Ewunia

Jeszcze innym sposobem kontaktowania się i „oswajania” dziecka jest regularnie praktykowana wizualizacja SPOTKANIA Z WEWNĘTRZNYM DZIECKIEM którą wydałam na kasecie audio i płycie CD – można zamówić w moim sklepie internetowym  ewafoley. pl

Audio mp3 download i CD:

Ewa Foley – Wewnętrzne Dziecko (Wyd. ISI, 1994) – wykład i wizualizacja spotkania wewnętrznego dziecka.

Polecana literatura:

John Bradshow – Żeby przyjść do siebie – otoczenie opieką skrzywdzonego dziecka wewnętrznego (Wyd. Medium)

Alice Miller – Cena wyparcia urazów z dzieciństwa

Hubertus von Schoenebeck – Antypedagogika – być i wspierać zamiast wychowywać

Tana Luuvas – Jestem tutaj (Wyd. Ravi)

Maćków dwóch… (Ewa Foley)

Maćków dwóch …

SCREEN STRONA

Festiwal Szczęście na głowie 8 marca 2015 w Warszawie dedykowany jest pamięci Macieja Plewickiego, mojego jedynego syna, który w 2005 roku zginął w wypadku motocyklowym. Miał 27 lat. Żył szczęśliwie; z pasją i determinacją realizował swoje marzenia; kochał ludzi, naprawdę umiał kochać. Jego przesłanie jest wciąż̇ obecne w życiach i sercach jego przyjaciół oraz tych, którzy go znali. Wielu z nich będzie z nami tego dnia, aby podzielić́ się̨ swoim prywatnym wspomnieniem o Maćku. Opowiedzą o roli, jaką odegrał w ich życiach oraz podzielą się refleksjami na temat tego specyficznego „Maćkowego” podejścia do życia i do ludzi.

1475967_10152139907942994_419511042_n

I wydarzyła się piękna historia: w trakcie organizacji Festiwalu, na naszej drodze 27 stycznia 2015 roku pojawił się młody człowiek, którego historia życia tylko w pewnym sensie przypomina historię Maćka Plewickiego przed 10 lat. Maciej Jaraszek, bo o nim mowa, 3 lata temu uległ wypadkowi motocyklowemu. Miał 27 lat. Stracił w wypadku lewą rękę, ale zachował życie… Nie poddał się i mimo ciężkich obrażeń, po długiej rehabilitacji udało mu się w pełni powrócić do zdrowia. Marzy o powrocie do swojego zawodu fizjoterapeuty. My chcemy Maćkowi w tym pomóc. Razem możemy to zrobić!

Dobro to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się nią dzieli.

Cały dochód z FESTIWALU SZCZĘŚCIE NA GŁOWIE przekazany zostanie na protezę lewej ręki Macieja Jaraszka (podopiecznego fundacji POZA HORYZONTY JAŚKA MELI). To będzie szczególny dzień świętowania życia, dzień pełen życzliwości, ciepła i radości!! Bądź z nami tego dnia. Jeżeli nie możesz być z nami fizycznie, to będzie potem możliwość kupienia nagrania z wszystkich prelekcji.

10987465_1446840412272862_5998671058023620525_o

„Kupując bilety i przybywając na Festiwal Szczęście na głowie dajesz sobie szansę na szczęście, a przy okazji możesz przyczynić się do szczęścia drugiego człowieka”. 

Aleksandra Majorek, pomysłodawczyni i koordynatorka projektu, kobieta Maćka Plewickiego

Bilety, prelegenci, tematy i program na www.szczescienaglowie.pl

KAŻDY GROSZ SIĘ LICZY!! POTRZEBUJEMY TWOJEJ POMOCY!! Uszczęśliw dzisiaj kogoś kogo kochasz – kup dla niej/dla niego bilet na Festiwal Szczęście na głowie 8 marca 2015, Warszawa,

SzczescieNaGlowie

Bilety można kupić na EVENEA http://szczescienaglowie.evenea.pl

albo zarejestrować się mailem foley@foley.com.pl

Czekamy na Was 8 marca!

Ewa Foley www.foley.com.pl www.ewafoley.pl

Bilety, prelegenci, tematy i program na www.szczescienaglowie.pl

Pulsing/holistyczna terapia pulsacyjna (Ewa Foley)

Najbliższe warsztaty wprowadzające do Pulsingu w Warszawie

26 – 27 września 2015 prowadzi Kasia Gwiazdowska

10007025_806833976012146_301458457_n

Ewa Foley o Pulsingu:

Zanim zaczęłam prowadzić w Sydney w Australii w połowie lat 80-tych Klinikę Terapii Naturalnych przez wiele lat szkoliłam się w różnych metodach pracy z ciałem, umysłem i oddechem, takich jak Hatha Joga, DTMT (Deep Tissue Muscle Therapy) czyli Terapia Głębokomięśniowa, Body Harmony, Dotyk dla Zdrowia, Kinezjologia, Bioenergetyka, Gestalt, NLP, Doskonalenie Umysłu, Huna, Rebirthing. Jednak zawsze najbliższa mojemu sercu była Holistyczna Terapia Pulsacyjna. Jako terapia holistyczna czyli traktująca człowieka jako całość, składającego się z ciała, umysłu i ducha przynosi wspaniałe rezultaty, więc często stosuję Pulsing w miejsce innych metod terapeutycznych. Moje pierwsze zetknięcie z Pulsingiem miało miejsce wiele lat temu w Nowej Zelandii w czasie prezentacji dla terapeutów pracy z ciałem prowadzonej przez izraelską osteopatkę Tovi Browning, autorkę książki Holistic Pulsing. Tak mnie zachwyciła ta metoda, że od razu wzięłam udział w warsztatach Tovi, a potem w jej programie instruktorskim. Od tej pory Pulsing stał się moją pasją i miłością. Urzekła mnie jego prostota i skuteczność.

Pulsing w Polsce

Po raz pierwszy zaprezentowałam Pulsowanie w 1990 roku w czasie krótkiej wizyty w Polsce podczas prowadzonych przeze mnie na zaproszenie pani Lucyny Winnickiej warsztatów w jej Akademii Życia w Warszawie. Terapia ta spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Wiele osób otworzyło się na nią w piękny sposób i pozwoliło sobie na doznanie uzdrawiającej mocy tych zabiegów. Kilka lat później na FESTIWALU EZOTERYCZNYM w Krakowie przedstawiłam Holistyczną Terapię Pulsacyjną na sali estradowej w NCK. Pokochali ją wszyscy słuchacze wykładu. Odwiedziłam od tego czasu wiele miast ucząc podstaw Pulsingu w czasie dwu-dniowych warsztatów, przeszkoliłam też wielu „pulsatorów”. Telewizja krakowska nakręciła film pt. „Puls Życia” – piękny reportaż z moich warsztatów. Cieszę się, że coraz więcej osób doświadcza przyjemności Pulsowania, uczy się świadomości swojego ciała i uważności na innych, absolutnie niezbędnej w czasie sesji. Osoby zainteresowane nauczeniem się pulsowania nie muszą mieć żadnego terapeutycznego przygotowania. W czasie warsztatów uczę podstaw tej metody, przekazuję też dużo wiedzy na temat naszego ciała, ćwiczeń i żywienia.

Czym jest Pulsing?

Jest to cała filozofia zdrowia, sposób na życie, metoda poprzez którą odkrywamy nasz związek z naturalnym rytmem życia, wodą, naszym pobytem w łonie matki. Jest to podróż, w czasie której każdy aspekt naszego życia pokazuje się nam z dosyć niezwykłej perspektywy. Perspektywy akceptacji, bezpieczeństwa i łagodności. Uczestniczenie w tym łagodnym lecz mocnym procesie otwierania serc jest dla mnie źródłem nieustającej i czystej radości.

Rytm w terapii

Użycie rytmu w celach terapeutycznych było popularne w wielu kulturach zamierzchłej historii. Holistyczne Pulsowanie opiera się na pracy z ciałem Reicha, bioenergetyce Lowena, pulsowaniu Curtisa Turchina, który z kolei był zainspirowany piękną pracą dr Tragera z rytmem (twórcą Trageringu), terapią bodymind, oraz na wielu innych metodach terapeutycznych. Pulsing opiera się na zasadzie rytmu i ruchu. Tam gdzie jest ruch jest życie; stagnacja to powolna śmierć. Pulsowanie zatem stymuluje życie poprzez bezpośrednią pracę z rytmem, jednocześnie łagodnie usuwając stagnację.

Jak wygląda sesja Pulsingu? W czasie sesji leży się w ubraniu na łóżku do masażu lub na podłodze. Pulsator trzymając pacjenta za nogi, biodra lub ręce kołysze ciałem w bardzo specyficzny sposób: do rytmu bicia serca płodu w łonie matki (120-160 uderzeń na minutę). W ten sposób u pulsowanego pojawia się stan „bycia w łonie” czyli pełnego poczucia bezpieczeństwa, ochrony i wsparcia. Pulsowanie jest także jednym z najprostszych i najprecyzyjniejszych sposobów na diagnozowanie bloków w ciele zanim rozwiną się one w problem zdrowotny, co oznacza że jest terapią prewencyjną. Mimo, że jest to zabieg bardzo łagodny, działa bardzo głęboko; opiera się na ważnej zasadzie. Zasadą tą jest NIEINGEROWANIE, nie przyspieszanie, nie nakładanie żadnego rodzaju presji czy kontroli. Trzeba zrozumieć, że im bardziej bolesna, obezwładniająca, ingerująca metoda pracy z ciałem – tym bardziej ciało się przed nią broni, opiera. Rytm kołysania dostosowuje się do indywidualnego wewnętrznego rytmu pacjenta, tak aby ciało mogło się skontaktować ze swoim najpełniejszym uzdrawiającym potencjałem. To pozwala na doświadczanie radości, głębokiego relaksu i otwartości. Znikają napięcia, odchodzi stres. Wtedy właśnie kontaktujemy się z naszym rdzeniem, naszym wewnętrznym źródłem siły, spokoju i radości a układ nerwowy nareszcie odpoczywa. Niezwykłą zaletą naszego systemu nerwowego jest fakt, że rejestruje on dokładnie wszystko z ogromną precyzją. Gdy nasz system nerwowy chociaż raz doświadczy radości pełnego głębokiego relaksu – nigdy tego nie zapomina. Od dawna wiadomo, że znacznie łatwiej jest dokonać stałych zmian poprzez przyjemność i radość niż ból i cierpienie.

Element wody

Pulsowanie to praca z elementem wody. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że prawie 80% naszego ciała to woda; także 80% naszej planety to woda, toteż element wody jest dla nas tak istotny. Ciągły ruch stosowany podczas sesji prowadzi do doświadczenia w ciele wodnego środowiska. Woda przecież zawsze jest w ruchu, zmienia się i płynie dalej, podczas gdy my często unikamy zmian – pozostajemy tacy sami – bo jak mówi powiedzenie ” lepsze jest znane piekło niż nieznane niebo”. Woda, pozornie taka miękka, jest w gruncie rzeczy dużo mocniejsza od skał! Wystarczy popatrzeć na skalisty brzeg morza – w jaki sposób został ukształtowany? W ten sam sposób w czasie sesji Pulsowania nawet najbardziej uparte bloki zaczynają reagować na przepływ energii, odblokowując się i otwierając. Pulsing działa na wszystkie płyny w ciele; krew, limfę, płyn rdzeniowo-mózgowy.

Bloki w ciele

Aby zrozumieć co mam na myśli, mówiąc o blokach popatrzmy może jak one powstają. Każde przeżycie i doświadczenie, które było dla nas w niemowlęctwie i dzieciństwie nieprzyjemne czy traumatyczne w fizyczny lub emocjonalny sposób mogło wywołać szok, a zatem i blok. Często nie pamiętamy tych doświadczeń, ale są one zarejestrowane głęboko w naszej podświadomości. To tak jakby część nas zamknęła się, aby nas chronić. Problem polega na tym, że na ogół zapominamy otworzyć „okiennice” po minięciu niebezpieczeństwa i w ten sposób nasze bloki stają się naszymi problemami! Bloki mogą ujawniać się w przeróżny sposób: jako napięcia, bóle, stres, choroby, problemy emocjonalne. Powstrzymują one nas od bycia w pełni sobą, od bycia całym, spełnionym i szczęśliwym człowiekiem. Oczywiście nasze bloki mogą też być naszym największym darem, dzięki któremu uczymy się, rozwijamy, rośniemy w pełnym człowieczeństwie. Pulsowanie pomaga nam w tym dążeniu – w czasie sesji integrujemy nasze doświadczenia.

O zmianach

Holistyczne pulsowanie to nie tylko metoda pracy z ciałem. Jest to cały system wiedzy, który uczy pełnej akceptacji nas samych zamiast często obsesyjnego dążenia do zmian. Mój wielki nauczyciel mawiał, że paradoksalnie: JEDYNA DROGA DO ZMIANY TO ABSOLUTNE ZREZYGNOWANIE ZE ZMIANY czyli pełne zaakceptowanie siebie takimi jakimi jesteśmy teraz, w tym momencie. Jedyne miejsce, od którego może zacząć się TRANSFORMACJA – to w pełni zaakceptowane magiczne TU i TERAZ. Kiedy w końcu będziemy wystarczająco gotowi aby naprawdę kochać, wystarczająco doskonali, wystarczająco szczęśliwi….? Pulsowanie jest więc naprawdę holistyczną terapią, która działa na wszystkich poziomach, we wszystkich wymiarach naszego człowieczeństwa, nie tylko na poziomie ciała.

W jakich przypadkach stosujemy Pulsing?

Przede wszystkim dla natychmiastowego głębokiego relaksu. Także w przypadkach różnego typu schorzeń, wyzwolenia stresu i zintegrowania problemów emocjonalnych. Jednak piękno Pulsowania polega naprawdę na tym, że niekoniecznie trzeba mieć problem, aby poddać się zabiegowi i wyciągnąć z sesji ogromne korzyści. Jest to prawdziwy proces odkrywania siebie, rozwoju osobowości i rośnięcia – w łagodny i przyjemny sposób. Pulsowanie jest uwielbiane przez wszystkich. Dzieci reagują na to łagodne kołysanie bardzo szybko. Zwierzęta też. Dla starszych osób jest szczególnie korzystne ze względu na to, że ciągły ruch ma leczniczy wpływ na wszystkie stawy. Stawy mają tendencję do szybkiego sztywnienia w miarę upływu lat, a pulsujący ruch je naoliwia stymulując płyn w torebkach stawowych. Pulsowanie może być stosowane jako odrębny zabieg, jako przygotowanie do masażu, w czasie sesji Reiki czy Rebirthingu. Jest także używane przez psychoterapeutów, psychologów, chiropraktyków, pielęgniarki oraz terapeutów innych dziedzin. Ostatnio dowiedziałam się, że pewna japońska firma skonstruowała mechaniczny pulsator kołyszący rytmicznie ciałem. Robi on furorę w gabinetach fizjoterapii i medycyny naturalnej. Ja uważam, że to wspaniale. Jednakże nie mam wątpliwości, że maszyna nigdy nie zastąpi ciepła ludzkich rąk, otwartego serca i życzliwego spojrzenia…

Jeżeli chcesz tego doświadczyć zapraszam na najbliższe weekendowe zajęcia wprowadzające do PULSU ŻYCIA… 26 – 27 września w Warszawie.

 

List 18-letniego Macieja Plewickiego z Colorado, USA do swojej matki Ewy Foley

List 18-letniego Macieja Plewickiego z Colorado, USA do swojej matki Ewy Foley (załączony w książce pt. ZAKOCHAJ SIĘ W ŻYCIU za zgodą Maćka)

886974_10151554784092994_10991801_o

Wstęp od Ewy Foley:

Drodzy Czytelnicy! Drogie Matki! Drodzy Ojcowie! Drodzy Rodzice! Z wielką radością i satysfakcją składam niniejszym rezygnację ze stanowiska Prezesa Światowego Stowarzyszenia Winnych Matek. Piastowałam to stanowisko z pasją i oddaniem przez ostatnich 18 lat. Ta pozycja jest do wzięcia – kandydujcie!!! Oczywiście służę radą, doświadczeniem i wiedzą, którą zdobywałam z wielkim oddaniem sprawie od momentu przyjścia mojego syna Maciusia na świat w Szpitalu Bielańskim w marcu 1978 roku. O winie – jej skutkach, objawach (psycho i somatycznych), konsekwencjach, powikłaniach wiem chyba wszystko!! W tej dziedzinie osiągnęłam mistrzostwo! Teraz pragnę oddać się zdobywaniu mistrzostwa w innych bardziej twórczych i wspierających życie dziedzinach.

Decyzję o tej rezygnacji podjęłam świadomie i w ułamku sekundy (co jak na podwójną zodiakalną Wagę jest niemałym osiągnięciem…!!!!) po otrzymaniu pocztą elektroniczną od mojego 18-letniego wtedy syna poniższej korespondencji. Byłam na to zupełnie nie przygotowana. Mój wspaniały mądry syn jak zwykle mnie zaskoczył.

Często mówiłam, że moim największym guru i mistrzem jest wielki nauczyciel, który pojawił się w moim życiu przebrany za mojego jedynego syna Macieja. Teraz ten nauczyciel dawał mi lekcję nad lekcjami….

Już po pierwszym zdaniu jego listu zaczęłam płakać, a po przeczytaniu całości szlochałam jak dziecko przez wiele godzin. Te łzy szczęścia, radości i wzruszenia osuszyły całe jeziora smutku, rozpaczy, winy, rozterki, cierpienia przepełniające po brzegi moją duszę…. To zmieniło mnie i moje życie. Dziękuję Ci Synku..

„Kochana Mamo, Kocham cię i tęsknię za tobą i jestem wdzięczny, że to ty jesteś moją mamą. Dziękuję ci za życie.

Twój syn.

PS. Załączam coś specjalnie dla Ciebie.” 

WŁAŚNIE W TEJ CHWILI:

–      Ktoś jest z ciebie bardzo dumny.

–      Ktoś myśli o tobie serdecznie.

–      Komuś na tobie zależy.

–      Ktoś za tobą bardzo tęskni.

–      Ktoś chce ci o czymś opowiedzieć.

–      Ktoś chce z tobą być.

–      Ktoś ma nadzieję, że nie masz kłopotów.

–      Ktoś jest wdzięczny za pomoc, której udzieliłeś/łaś.

–      Ktoś chce potrzymać ciebie za rękę.

–      Ktoś ma nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży.

–      Ktoś chce żebyś był/a szczęśliwy/a.

–      Ktoś pragnie twojej obecności.

–      Ktoś nie może się doczekać, żebyś w końcu ją/jego znalazł/znalazła.

–      Ktoś cieszy się z twoich sukcesów.

–      Ktoś chce ci coś podarować.

–      Ktoś myśli, że ty JESTEŚ darem.

–      Ktoś ma nadzieję, że nie jest ci za zimno lub za gorąco.

–      Ktoś chce ciebie uścisnąć.

–      Ktoś ciebie kocha.

–      Ktoś podziwia twoją siłę.

–      Ktoś chce się tobą zaopiekować.

–      Ktoś uśmiecha się myśląc o tobie.

–      Ktoś chce popłakać sobie na twoim ramieniu.

–      Ktoś marzy o spotkaniu z tobą.

–      Ktoś chce bawić się z tobą do rana.

–      Ktoś chce dzielić z tobą swoje życie.

–      Ktoś myśli, że jesteś jedyny/jedyna na świecie.

–      Ktoś chce ciebie chronić.

–      Ktoś zrobiłby dla ciebie wszystko.

–      Kogoś bardzo obchodzisz.

–      Ktoś prosi ciebie o wybaczenie.

–      Ktoś jest wdzięczny za twoje wybaczenie.

–      Ktoś chce się z tobą pośmiać.

–      Ktoś pamięta o tobie.

–      Ktoś chce ciebie wysłuchać.

–      Ktoś podziwia twoją mądrość.

–      Ktoś chciałby, żebyś teraz z nim/nią był/była.

–      Ktoś modli się za ciebie gorąco.

–      Ktoś dziękuje Bogu za twoją obecność w jego/jej życiu.

–      Ktoś potrzebuje wiedzieć, że kochasz ją/jego bezwarunkowo.

–      Ktoś czeka na twoją radę.

–      Ktoś chce ci powiedzieć, jak bardzo mu/jej na tobie zależy.

–      Ktoś myśli o tobie dzień i noc.

–      Ktoś chce ci opowiedzieć swój sen.

–      Ktoś jest ci wdzięczny.

–      Ktoś chce cię wziąć w ramiona.

–      Ktoś pragnie, abyś ty wziął/wzięła ją/jego w ramiona.

–      Ktoś ceni twoją duszę.

–      Komuś się śnisz.

–      Ktoś chciałby dla ciebie zatrzymać czas.

–      Ktoś dziękuje Bogu za twoją przyjaźń i miłość.

–      Ktoś chciałby ciebie lepiej poznać.

–      Ktoś nie może się doczekać, aby się z tobą zobaczyć.

–      Ktoś kocha ciebie za to kim jesteś.

–      Ktoś chce podzielić się z tobą swoim marzeniem.

–      Ktoś uwielbia być w twoim towarzystwie.

–      Ktoś chce się do ciebie przytulić.

–      Ktoś kocha twój uśmiech.

–      Ktoś chce abyś wiedział/a, że zawsze będzie przy tobie.

–      Ktoś potrzebuje wiedzieć, że nigdy go/jej nie opuścisz.

–      Ktoś cieszy się, że jesteś jego/jej najlepszym przyjacielem.

–      Ktoś cieszy się, że jesteś jej/jego najlepszą przyjaciółką.

–      Ktoś chce być twoim przyjacielem.

–      Ktoś jest ci bardzo oddany.

–      Ktoś marzy o tobie po nocach.

–      Ktoś żyje dzięki tobie.

–      Ktoś pragnie być przez ciebie zauważony.

–      Ktoś chciałby się do ciebie zbliżyć.

–      Ktoś chce być przy tobie.

–      Ktoś za tobą tęskni.

–      Ktoś w ciebie wierzy.

–      Ktoś czeka na twoją radę.

–      Ktoś potrzebuje twojej opieki.

–      Ktoś ufa ci bezgranicznie.

–      Ktoś pragnie ciebie całym sercem.

–      Ktoś myśli o tobie jak najlepiej.

–      Ktoś ciebie szanuje.

–      Ktoś potrzebuje otrzymać od ciebie ten list.

–      Ktoś potrzebuje twojego wsparcia.

–      Ktoś czeka na twój telefon.

–      Ktoś potrzebuje twojej wiary w niego/nią.

–      Ktoś będzie płakać ze wzruszenia, gdy to przeczyta.

–      Ktoś potrzebuje twojej przyjaźni.

–      Ktoś słucha piosenki, która ciebie przypomina.

–      KTOŚ POTRZEBUJE TO OD CIEBIE DOSTAĆ………………….

Przekaż to dalej co najmniej pięciu osobom, które potrzebują to od Ciebie dostać.

O mocy wdzięczności (Ewa Foley, rok 2000)

Oto fragment mojej książki ZAKOCHAJ SIĘ W ŻYCIU (Wydawnictwo FEERIA, rok 2000), audiobook tej książki czytany przeze mnie przez 12 godzin ukazał się w roku 2012.

880a9b5f91728cb55e8766da502e16d9e902e8da

Wierzę, że prawdziwa wielkość duchowa przejawia się w radości z tego, co się ma, a nie w trosce o to, że się czegoś jeszcze nie ma. Zrozumiałam to wiele lat temu, kiedy po raz kolejny „zamartwiałam” się, że czegoś nie mam. Był to bardzo zwykły poranek. Nic nie wskazywało na to, że tego dnia dokona się zmiana w mojej percepcji, która tak pozytywnie wpłynie na dalsze moje życie.

Nagle i zupełnie niespodziewanie doświadczyłam OLŚNIENIA:

Im bardziej skupiam się na braku i na tym, czego nie mogę mieć, tym gorzej się czuję i tym bardziej się boję, że „nie starczy”!

Uświadomiłam sobie, że jestem emocjonalnie i fizycznie wyczerpana koncentrowaniem się na rzeczach, które chciałabym sobie czy mojemu synowi kupić, lecz nie było mnie na nie stać. Błędne koło. Szalona karuzela „świadomości braku”. Wtedy usłyszałam szept mojej duszy: tak naprawdę najbardziej ze wszystkiego pragnę spokoju wewnętrznego. Na szczęście na chwilę się zatrzymałam – na tyle żeby to usłyszeć. W tym momencie zrozumiałam, że to jest najgłębsze pragnienie mojego serca. Pragnienie spokoju wewnętrznego, którego nie mogą zaburzyć okoliczności świata zewnętrznego. Poprosiłam Ducha o pomoc i przewodnictwo, jednocześnie obiecując sobie, że pójdę we wskazanym kierunku. Zrezygnowałam z moich miesięcznych, rocznych i 5-cio letnich planów. W jednej chwili stałam się poszukującym pielgrzymem, badaczem i uczniem życia.

Pojechałam na pielgrzymkę do Lourdes…

Tam w Pirenejach przyjrzałam się bliżej mojemu życiu. Szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia, bo zobaczyłam jak wiele mam powodów do wdzięczności. W pokorze padłam na kolana w jaskini, gdzie Bernadetta rozmawiała z Matką Boską i zaczęłam żarliwie dziękować za wszystko, co już mam w moim życiu. To była moja pierwsza w życiu modlitwa dziękczynna. Do tej pory ciągle o coś prosiłam. Gorąco przepraszałam Boga i siebie, że tak długo nie doceniałam bogactwa mojego życia. Jak mogłam spodziewać się więcej od Wszechświata, jeżeli nie umiałam docenić tego, co już miałam?

Zrobiłam inwentaryzację obfitości mojego życia:

  • jestem zdrowa i mam sprawne ciało,
  • jestem w związku ze wspaniałym, kochającym i oddanym mężczyzną,
  • KOCHAM i jestem kochana,
  • mam cudownego, mądrego i zdrowego syna Maćka,
  • mam gdzie mieszkać,
  • w ogrodzie biegają dzikie koty, które mogę karmić,
  • w Lasku Bielańskim jest zagajnik pełen brzóz do przytulania,
  • zawsze mam, co jeść,
  • moi rodzice są w dobrej formie i mieszkają obok mnie; mogę codziennie wejść do ich łóżka i poprzytulać się,
  • obydwie moje siostry są najbliższymi mi duszami, którym ufam bezgranicznie i na które zawsze mogę liczyć – a na dodatek obdarzyły mnie czterema siostrzenicami i jednym siostrzeńcem!
  • Krystyna Janda, którą uwielbiam, występuje w Teatrze Powszechnym w moim mieście i mogę być na wszystkich jej przedstawieniach,
  • jestem otoczona wspaniałymi ludźmi, którzy interesują się tym, co robię, kochają mnie i dbają o mnie, których obchodzę i z którymi mogę dzielić się moim życiem.

Moja lista rosła:

  • ulicę dalej mieszka najdroższa mi przyjaciółka z lat młodzieńczych; na co dzień doświadczam błogosławieństw przyjaźni, o której ludzie marzą przez cale życie,
  • mogę codziennie spacerować z nią po oświetlonych latarniami gazowymi uliczkach,
  • przed domem rośnie jaśmin, który całe lato wita mnie swoim zapachem,
  • kocham swoją pracę,
  • gdy wyjeżdżam moja starsza siostra Zosia opiekuje się moim biurem z oddaniem i kompetencją,
  • moja praca przynosi korzyść ludziom. Codziennie dostaję listy z podziękowaniami, niektóre z nich zalane łzami wzruszenia i wdzięczności. Listy, w których kobiety i mężczyźni dzielą się tym, jak moje kasety zmieniły na lepsze ich życie, zdrowie, relacje. Jak ich wzbogaciły. Prawdziwie wierzę, że to, co dajemy światu i ludziom wraca do nas – może nie od razu, może nie tak jak tego się spodziewamy, może nie od tych samych ludzi czy źródeł – ale jeżeli daję z siebie wszystko i jestem najlepszą Ewą jaką mogę być, to wszystko co najlepsze wróci do mnie.

Oto przyszedł moment, żeby żyć w zgodzie z moimi przekonaniami.

Patrząc na swoją długą listę, uświadomiłam sobie, jaka jestem naprawdę bogata. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję.

Jeśli jedynym słowem, jakim modlisz się przez całe życie jest „dziękuję” – to wystarczy.    

Mistrz Eckhart

Zdałam sobie sprawę, że po prostu przechodzę „finansowa czkawkę”, która przecież minie. TO MINIE. TO MINIE – powtarzałam w myślach znajdując w tym ukoje-nie. Uświadomiłam też sobie, że moja wartość nie ma nic wspólnego ze stanem mojego konta w banku czy ilością gotówki w portfelu. Twoja też nie.

Przypominam to sobie codziennie od tego dnia. Codziennie zaczynam i kończę każdy dzień z modlitwą wdzięczności za moje wspaniałe spełnione życie. Codziennie cieszę się, że żyję, że oddycham, że mogę zrobić dla kogoś coś dobrego, że się uczę, że moja wiedza przydaje się innym ludziom. Codziennie dziękuję za przywilej posiadania ciała i przebywania na tej najpiękniejszej z planet.

Dzisiaj rano otrzymałam wiadomość, że zmarła moja ciocia. Ma cztery córki. Moje kuzynki już nie mają mamy. A ja mam i za to jestem głęboko wdzięczna. Niedawno napisałam do mojej mamy list wdzięczności. Potem napisałam list wdzięczności do mojego cudownego taty. Potem napisałam list wdzięczności do mojego syna. Potem napisałam list wdzięczności do mojego życiowego partnera.

Dzisiaj:

  1. Patrząc w oczy powiedz komuś, jak bardzo go czy ją kochasz.
  2. Powiedz komuś, co w niej, w nim kochasz, co w niej, w nim lubisz, co doceniasz.

Od dzisiaj codziennie okaż komuś wdzięczność. Nie zwlekaj, nie czekaj aż będzie za późno. ŚPIESZMY SIĘ KOCHAĆ LUDZI TAK SZYBKO ODCHODZĄ – napisał ks. Twardowski w swoim pięknym wierszu.

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzązostaną po nich buty i telefon głuchy

tylko to co nieważne jak krowa się wlecze

najważniejsze tak prędkie że nagle się staje

potem cisza normalna więc całkiem nieznośna

jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy

kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna

zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście

przychodzi jednocześnie jak patos i humor

jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej

tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu

jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon

żeby widzieć naprawdę zamykają oczy

chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć

kochamy wciąż za mało i stale za późno.

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze

a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny.

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

Jan Twardowski tomik Miłość za Bóg zapłać

Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM Wydawnictwo VEDA 1997

Jak piszę te słowa w Sydney w mieszkaniu mojej młodszej siostry Gosi zadzwonił telefon. Nie wiem dlaczego go odebrałam – na ogół nie podchodzę do telefonu gdy piszę. Koleżanka mojej siostrzenicy z rozpaczą w glosie powiedziała mi, że właśnie utopił się jej 18-miesieczny synek… Nie wiedziałam, co mam powiedzieć tej młodej kobiecie. Cała moja mądrość życiowa prysła jak mydlana bańka w ułamku sekundy. Po prostu płakałam razem z nią. Zapisałam dzień i godzinę pogrzebu. Obiecałam, że przekażę tę wiadomość mojej siostrzenicy. Po odłożeniu słuchawki na długo zastygłam w bezruchu. Potem na moim domowym ołtarzyku zapaliłam świeczkę i kadzidełko. Pomodliłam się, żeby dusza tego chłopczyka odeszła w spokoju. Piszę te słowa i płaczę. Płaczę razem z matką, która straciła swoje dziecko, płaczę za wszystkie zmarłe tragicznie dzieci, i płaczę też z wdzięczności, że mój synek Maciuś tak pięknie, zdrowo i bezpiecznie mi się wychował. Że żyje, że jest przystojnym inteligentnym młodym mężczyzną pełnym fantazji, poczucia humoru i głębokiej mądrości duchowej. Jestem wdzięczna, że pyskował jako nastolatek, że buntował się i rzucał, że krzyczał i wściekał się na mnie, że budował swoją osobowość na swój sposób i po swojemu. I płaczę z wdzięczności sobie, że jemu na to pozwoliłam. Że nie zadusiłam jego osobowości zakazami, przesadną dyscypliną i moimi obawami o jego bezpieczeństwo. Płaczę z wdzięczności, że życie mu się układa u boku pięknej młodej kobiety. Że kocha i jest kochany. Moje serce jest przepełnione wdzięcznością.

Od tamtego sławetnego dnia CODZIENNIE zaczęłam dziękować za wszystko: za uśmiech dziecka na ulicy, za świeżą różę witającą mnie zawsze w domu, za konwalie i maciejki, za słodki zapach włosów mojej siostrzeniczki, za pierwszy łyk naparu ziół o poranku, za upieczonego przez moją mamę indyka, za niedzielne śniadanie, za dźwięki ptaków za oknem, za zapach lasu po deszczu, za słowa „kocham cię” codziennie wieczorem szeptane do ucha. Każdego dnia zaczęłam zauważać momenty autentycznej przyjemności i zadowolenia. Stałam się szczęśliwą i zadowoloną ze swojego życia kobietą. A przecież to wszystko miałam już dawno! Różnica polegała na tym, że umiałam zauważyć i docenić dary każdego dnia.

Moc wdzięczności spadła mnie nagle i niespodziewanie.

Dziękuję za wszystkie cuda, które codziennie wydarzają się w moim życiu. Dziękuję za wszystkie błogosławieństwa, które do mnie przychodzą.

Tak napisałam wiele lat temu na moich karteczkach inspiracji. Nosiłam je przy sobie miesiącami i codziennie czytałam wielokrotnie.

„Wszystko, co poznałem, uczy mnie wdzięczności dla Stwórcy za to wszystko, czego nie dane mi było poznać.”

Ralph Waldo Emerson

Dzisiaj:

 Przyjrzyj się uważnie swojemu życiu.Czy twoje podstawowe potrzeby są zaspokojone?Czy masz gdzie mieszkać?Czy masz co położyć na stół?Czy masz się w co ubrać?Czy co miesiąc dostajesz wypłatę?Czy dbasz o swoje marzenia?Czy jesteś w dobrym zdrowiu?Czy możesz chodzić, mówić, widzieć otaczające cię piękno, słuchać muzyki, która porusza twoją duszę albo każe ciału tańczyć?Czy masz rodzinę i przyjaciół, których kochasz i którzy ciebie kochają?Zatrzymaj się na chwile i podziękuj za to, co już masz. Pozwól, aby twoje serce przebudziła transformująca moc wdzięczności.

Nie dzwonią fanfary, kiedy podejmowane są najważniejsze decyzje twojego życia. Przeznaczenie objawia się w ciszy.Agnes de Mille

Spędź moment w ciszy, po prostu czując wdzięczność…. Teraz. Zrób to teraz…

„Przebudzeniem duszy jest wdzięczność

Esencją duszy jest prostota

Spokojem duszy jest porządek

Pokojem duszy jest harmonia

Pasją duszy jest piękno

Celem duszy jest radość”

Sarah Ban Breathnach

Dzisiaj zatem… (Jezeli nie TERAZ to kiedy? jezeli nie TY to KTO.????…..)

  1. Zrób duchowy remanent wszystkich swoich błogosławieństw (co najmniej 100!)
  2. Załóż swój Dzienniczek Wdzięczności – niech będzie to specjalnie wybrany, kolorowo oklejony zeszyt. Każdego dnia przed snem napisz 5 rzeczy, za które jesteś wdzięczna. Czasami będą to wielkie wspaniale rzeczy, a czasami małe. Czasami pod koniec trudnego dnia wydaje mi się, że nie mam nic do napisa-nia. Wtedy wpisuję podstawowe rzeczy takie jak: dobre zdrowie, mój syn, mój mąż, delfiny, które wczoraj przypłynęły jak siedziałam na plaży, albo to, że ten dzień się kończy. Ten Dziennik to podstawowy pierwszy krok. Bez wdzięczności wszystko inne: prostota, porządek, harmonia, piękno i radość, nie może zaistnieć w twoim życiu. Jeżeli chcesz żyć spełnionym życiem i być szczęśliwą osobą to ten Dziennik jest koniecznością. Dlaczego? Dlatego, że za dwa miesiące świadomego dziękowania każdego dnia za obfitość, która istnie-je w twoim życiu nie będziesz już tą samą osobą, co dzisiaj. Bo uruchomisz zasadę: im więcej masz i im więcej jesteś za to wdzięczny tym więcej będzie ci dane.

POCHWAŁA OCZYSZCZA.

MIŁOŚĆ ŻYWI.

WDZIĘCZNOŚĆ WSZYSTKO POMNAŻA. 

Robert Coon

Wprowadź do swojego życia tę piękną, afirmującą życie zasadę a cuda, na które czekasz, będą ci objawione ku twojemu zdumieniu i wielkiej radości.

Zapamiętaj:

Życie nie jest próbą generalną ani testem. TO JEST TO. Nie ma innego czasu. Nie ma innego życia.

Namaste!

Ewa Foley

Moje spotkanie z Louise L. Hay

 

Louise Hay (USA) jest wykładowcą i nauczycielką metafizyki, autorką 18 bestsellerów, z których polskiemu czytelnikowi dzięki Wydawnictwu MEDIUM www.medium.pl znane są:

  • Możesz uzdrowić swoje życie
  • Pokochaj siebie
  • Ulecz swoje życie
  • Poznaj moc, która jest w tobie
  • Medytacje leczące duszę i ciało
  • Twoja wewnętrzna moc – poradnik udanego życia dla kobiet
  • Życie! – refleksje na temat naszej drogi życiowej

 

med

Jej książki przetłumaczone zostały na 26 języków w 33 krajach na świecie. Założyła i prowadzi w Kalifornii ośrodek terapeutyczny, którego celem jest pomaganie ludziom w odkryciu i wykorzystaniu pełni potencjału sił wewnętrznych, mających decydujący wpływ na zachowanie zdrowia.

Źródłem wiedzy autorki są jej własne doświadczenia: uznana za nieuleczalnie chorą na raka, w okresie przygotowywania się do operacji zdołała wyleczyć się sama. Jej główne przesłanie streszcza się w zdaniu: „Jeżeli tylko jesteś gotów uruchomić siły swojego umysłu, możesz wyleczyć się niemal z każdej choroby”.

W serii swoich programów audio autorka krok za krokiem uczy sposobów rozwiązywania swoich lęków i napięć, trudności w stosunkach z otoczeniem, a także przeciwdziałania aktualnym i potencjalnym chorobom.

CD tej znakomitej nauczycielki zawierają wykłady pełne mądrości i ciepła oraz medytacje i afirmacje dotyczące każdej sfery życia ludzkiego. Pozwalają one uporać się z codziennymi problemami, pokonać kompleksy i przezwyciężyć nawyki, osiągnąć jedność duszy, umysłu i ciała, żyć w zgodzie ze sobą i z otaczającym światem.
Inspiration Seminars International (ISI) wydało następujące CD i mp3 Louise L. Hay w języku polskim (czytane przez Ewę Foley):

  • Uzdrowienie siebie
  • Jak siebie pokochać
  • Ulecz swoje życie
  • Poznaj moc, która jest w tobie
  • Medytacje leczące duszę i ciało
  • Twoja wewnętrzna moc – poradnik udanego życia dla kobiet
  • Życie! – refleksje na temat naszej drogi życiowej

uzdrowienie mocslow lekiwierze

Moje spotkanie z Louise:

Kasety Louise L. Hay, a zaraz potem ona sama pojawiły się w moim życiu w 1984 roku. Mieszkałam wtedy w Sydney i pozornie niczego mi nie brakowało. Lecz moja dusza pragnęła z m i a n y. Zmiana przyszła szybko i gwałtownie: dzień przed podpisaniem kontraktu na poważne stanowisko w nowej firmie zostałam potrącona przez samochód jadąc na rowerze. Wyleciałam w powietrze jak z katapulty: dosłownie i w przenośni, bo ten wypadek wyniósł mnie w nowe rejony świadomości… Po powrocie ze szpitala leżałam w domu z poważnym wstrząsem mózgu. Koleżanka przyniosła mi kasetę, która zmieniła całe moje życie. Było to „W co wierzę” Louise L. Hay. Słuchałam tej kasety w kółko dzień i noc. Ta kobieta mówiła jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Jej słowa były jak nektar dla mojej duszy. Chciałam poznać Louise.
Przyjechała do Australii kilka miesięcy później. Wzięłam udział w jej seminarium „Pokochaj siebie, ulecz swoje życie”. Wyłuskała mnie z tłumu pierwszego dnia i powiedziała słowa, które zapadły bardzo głęboko mimo, że wtedy nie miały dla mnie żadnego sensu: „Jesteś uzdrowicielką, tylko jeszcze o tym nie wiesz”.
Chciałam się od niej uczyć. To ona, piękna i mądra Louise, skierowała mnie i miliony ludzi na świecie, na moją drogę powrotu do siebie, do swojej prawdy – czego i Tobie życzę z całego serca

Ewa Foley

www.ewafoley.pl

jakpokochac101

O cudach i błogosławieństwach. O przychodzeniu i odchodzeniu. (Ewa Foley)

Korespondencja Ewy Foley z „zagubionej Atlantydy”, wyspy Santorini w archipelagu Cykladzkim, rok 1998.

Od dawna już powtarzam sobie takie moje ulubione stwierdzenia (przez niektórych zwane afirmacjami):

Wciąż zdarzają się cuda w moim życiu. Dziękuję za wszystkie spływające na mnie błogosławieństwa.

grateful3_podpis

Łatwo się domyślić, że mam wiele powodów do wdzięczności za wszystkie cuda i błogosławieństwa, których rzeczywiście w moim życiu doświadczam. Najpierw jajko czy kura?
Teraz leżę przy hotelowym basenie owinięta tylko w pomarańczową, ręcznie malowaną bawełnianą chustę. Od zaprzyjaźnionej Greczynki otrzymałam wczoraj lekcję na temat sześciu sposobów wiązania tej chusty na ciele. Nade mną pochyla się wiekowe drzewo figowe. Myślę sobie, że czas na śniadanie po porannym pływaniu, a tu pac! – na głowę spada mi śniadanie: dojrzała figa, zwiana chłodnym wiatrem, tu nazywanym levante. Ten wiatr jest dobrodziejstwem, bo każdego dnia temperatura dochodzi do 40 stopni. Albo inny cud: bardzo wcześnie rano, tuż po wschodzie słońca, chodzę na wielokilometrowe świadome spacery po czarnej, wulkanicznej plaży Kamari. Świadomy spacer to ćwiczenie w uważności, kiedy „każdy krok niesie pokój”. Idę bardzo powoli, uważnie stawiając stopy na ziemi, praktykując pełną obecność. Szukam czegoś. Czego? Nie wiem. Ale codziennie szukam. Wiem, że jak znajdę, to będę wiedziała, iż właśnie tego szukałam. Często takiego porządku rzeczywistości doświadczam w moim życiu. Nauczyłam się ufać. I po tygodniu ZNAJDUJĘ! Jest to prostokątny kawałek białego marmuru. Biały marmur wśród tych czarnych, szarych, czasami brązowych okrągłych kamyków. Cud, po prostu cud! Przez kolejny tydzień moich wielogodzinnych spacerów znajduję takich kawałków kilkanaście. Wszystkie w tym magicznym miejscu plaży, gdzie fale obmywają brzeg. Zbieram je, kładę przed lustrem w moim pokoju hotelowym. Nie wiem, po co to robię.
A tu dzisiaj rano kolejny cud. W mojej chodzonej medytacji ukazuje mi się przepiękna, ogromna świątynia atlantydzka z białego marmuru. Uśmiecham się do siebie. Wszystko staje się jasne. Wtedy przychodzi dalszy ciąg instrukcji: powinnam te kawałki, wszystkie podobne w kształcie, pasujące do siebie jak kawałki domina czy puzzli wziąć ze sobą do Polski i umieścić w różnych miejscach sali wykładowej w Silnej Nowej, gdzie prowadzę trening. Ci uczestnicy, którzy je znajdą i wezmą do ręki, to reinkarnacje atlantydzkie, kapłani z tej właśnie świątyni. Będą wiedzieli, jak z tym marmurem pracować. Niechaj każdy robi to, co ma do zrobienia, tam gdzie jest, tym co ma, a wszechświat zadba o to, żeby wszystko ułożyło się w spójną całość. Wszystko i wszyscy zostaną ustawieni na swoim właściwym miejscu.

Zawsze jestem na właściwym miejscu, o właściwym czasie, z sukcesem zajmując się właściwą sprawą.

Planowałam być zupełnie gdzie indziej w tej pierwszej połowie sierpnia. A tu nastąpiła seria synchronicznych „przypadków” i w ciągu 48 godzin już siedziałam w samolocie lecącym z Warszawy na Santorini u boku mojego męża sprzed 16 lat, Donalda Foley’a. To właśnie Don, dyplomata australijski, wspaniały człowiek i przyjaciel, na początku lat osiemdziesiątych męską decyzją o szybkim ślubie przeflancował mnie z ziemi polskiej na australijską. Chwała mu za to! Zostałam „żoną dla Australijczyka”. Don zrobił co do niego należało, po czym odszedł w siną dal z inną kobietą. Podobna sytuacja powtórzyła się w moim życiu 15 lat później, kiedy ukochany mężczyzna, któremu bezgranicznie ufałam, nagle i niespodziewanie odszedł do innej kobiety. Pocieszałam się wtedy przez łzy, że zrobił swoje i musiał odejść. Dzisiaj wiem, że rzeczywiście tak było, że gdyby został, nigdy nie odnalazłabym zagubionej atlantydzkiej świątynni.

To przekleństwo okazało się być pod wieloma względami „błogosławieństwem w przebraniu”. Utraciłam związek, odzyskałam siebie.

Gdy coś tracisz, nie trać lekcji!!!

Stuart Wilde, szalony i niekonwencjonalny nauczyciel-mistyk, podaje taką formułę, gdy związek się kończy:

I am happy to see you come. Cieszę się, gdy przychodzisz.
I am happy to see you go. Cieszę się, gdy odchodzisz.

Więc się cieszę. Cud przychodzenia i odchodzenia.


Obecność Dona przypomina mi piękną Kasię, która odeszła już na zawsze z tego świata, tak wcześnie, tak młodo. Bardzo ją kochał, miała być matką jego dzieci, planowali wspólne życie na zawsze. Jej odchodzenie bardzo nas zbliżyło. To wielki przywilej móc służyć komuś obecnością i ramieniem do płaczu w tak trudnych chwilach. Don poprosił mnie o towarzyszenie mu podczas pogrzebu. Szłam obok niego za białą, przybraną kolorowymi frezjami trumną. W rękach trzymał piękny bukiet z 50 białych róż. I wtedy mój były mąż dał mi jedną z najmocniejszych lekcji życiowych, której nigdy nie zapomnę.

Przez ściśnięte gardło, z twarzą zalaną łzami wyszeptał do mnie: „Wiesz, Kasia często mówiła, że kiedyś by chciała dostać bukiet z pięćdziesięciu białych róż. Nigdy nie traktowałem tego poważnie. Nie zrobiłem tego, bo wydawało mi się, że mam tak dużo czasu…”

Włożył ten bukiet do grobu swojej ukochanej….
Z Donaldem rozmawiamy godzinami o Kasi, o miłości, o związkach, o kobietach i mężczyznach. Pobyt na wyspie Santorini skłania do refleksji, do szczerości, otwartości i życzliwości. Czas zatrzymuje się w miejscu. Tu nikt nie ma „dziedzictwa przeszłości”, niczego nikt nie potrzebuje „przekraczać”, nikt nie ma osobistej historii, obciążeń, uzależnień. Przyjeżdżający tu ludzie decydują się być szczęśliwi. My też. Odwiedzamy kościoły, magiczne miejsca w naturze, wspinamy się na wulkan, stajemy nad potężnym kraterem, pływamy w gorących źródłach pulsujących energią życia. Wieczorem siedząc na białym murku w Ia oglądamy spektakularny zachód słońca. W dawnych czasach wtajemniczeni wiedzieli, że czas przychodzenia i odchodzenia słońca to czas mocy. Praktykowali wtedy modlitwę ciałem Surya Namaskara (Powitanie słońca). Gdy spontanicznie zaczynam ćwiczyć na białych schodach, w tłumie wielkie poruszenie. I uśmiechy. Don udaje, że mnie nie zna, ale jak siadam znowu na murku, robi mi zdjęcie.
Czy rzeczywiście szczęście jest wyborem? Czy rzeczywiście wystarczy co rano uśmiechnąć się do siebie w lustrze i zdecydować: dzisiaj jestem szczęśliwa, wybieram szczęście i zadowolenie! Czy wystarczy polubić siebie naprawdę? Czy wystarczy zaprzyjaźnić się z tą jedną jedyną osobą, która ze mną wytrzymuje od rana do wieczora, która nigdy mnie nie opuści i będzie przy mnie zawsze? Patrzę sobie w oczy w lustrze i wybucham śmiechem. To takie proste! Don puka się w czoło, obserwując mój poranny rytuał: Zawsze podejrzewałem, że nie jesteś całkiem normalna. Do diabła z normalnością! Kto chce być normalny w tym najbardziej nienormalnym z planów wszechświata? A poza tym kto wie, co jest normalne, a co nienormalne? Kto o tym decyduje?
Grecy wierzą, że jak przebiegnie drogę złota jaszczurka – spotka ich szczęście. Polacy, że jak czarny kot – to spotka ich nieszczęście. A co by było, gdybyśmy zaczęli patrzeć na wszystko, co nam się przydarza, jako na dobry omen? O! To by było poważne zagrożenie dla mitu męczeństwa narodowego, bo przecież „cierpienie uszlachetnia”. Grecy wierzą, że to szczęście uszlachetnia. I komu tu wierzyć? Kto ma rację? Dzisiaj Mikos, młody kelner w mojej ulubionej restauracji „Seaside”, podaje mi kawę po grecku, czyli taką jak po turecku, tylko w malutkiej filiżance. Widocznie ręka mu drgnęła po drodze, bo po brzegach filiżanki spłynęły fusy do spodeczka. O – mówi na to Mikos – będziesz bogata! To bardzo dobry znak! Tu, na Santorini, wszystko jest dobrym znakiem. Patrzę pod nogi – a tam wpatruje się w moją lewą stopę złota jaszczurka! Błyskawicznie zmyka przede mną. Bogowie przysłali mi dobry znak.

Wierzę, że całe nasze życie składa się ze znaków, drogowskazów wskazujących nam drogę do swojej legendy (patrz Alchemik, Paulo Coelho). Uświadamiam sobie, że długo nie zauważałam swoich znaków, żyjąc w nieprzytomnym pędzie i pośpiechu. Zatrzymałam się jak porażona, gdy kilka miesięcy temu zginęła tragicznie w wypadku samochodowym moja kuzynka. Śpieszyła się do domu, żeby poprawiać zeszyty. Była obowiązkową nauczycielką, ale już jej wśród nas nie ma… Gdy całowałam jej zimne czoło w kaplicy przyszpitalnej, wyraźnie usłyszałam:

Z W O L N I J !!!

Czas stoi w miejscu na. Czas odmierzany jest skokami do ciepłego, kryształowo czystego Morza Egejskiego, tzadiki, dolmados (greckie specjalności) i sałatką grecką.

Mam wystarczająco dużo czasu, żeby zrobić to, co jest do zrobienia.

Tu, na Santorini chcę się uczyć od tych uśmiechniętych ludzi, od ducha Grecji. Pytam, obserwuję, pukam do ich serc. Chodzę ulicami gryząc orzeszki pistacjowe, które są głównym produktem eksportowanym tej wyspy. Widzę przystojnego Greka siedzącego przed sklepem jubilerskim – w prawej dłoni ma łańcuszek z kolorowymi koralikami. Wymachuje nim w przedziwny sposób. Już u wielu Greków widziałam tę zabawkę.

Postanawiam z nim pogadać: Co robisz? Co to jest?
Kumbaloj – odpowiada – bawię się tym zamiast, palić papierosy. W ten sposób odzwyczajam się od palenia. Cierpliwie uczy mnie wielu sposobów przekładania łańcuszka przez palce. Potem dowiaduję się, że starsi Grecy używają kumbalojdo modlenia się. Kupiłam sobie taki łańcuszek pomarańczowymi koralikami i przekładam między palcami, powtarzając w głowie moje ulubione pozytywne stwierdzenia.


A ty tylko piszesz i piszesz. Dzień i noc piszesz – klepie mnie po plecach stary Grek Georgis, właściciel restauracji.

Podsuwa mi pod nos wielki zasuszony krzak. Wciągam mocno ten znajomy zapach. Georgis uśmiecha się, zadowolony, że mnie zaskoczył. To oregano. Pełno tu tego zielska. Chcesz to wziąć do domu? Dziękuję mu, pakuję oregano do mojej plażowej torby i piszę dalej. Piszę wskazówki co do życie do mojej książki. Nie wiem jak ty, ale ja urodziłam się bez instrukcji obsługi. Więc piszę takie instrukcje dla siebie – trochę dla zabawy, trochę serio, trochę z mojego wielkiego pragnienia dzielenia się tym, co odkryłam, stosując metodę prób i błędów. Podobno są inne, bardziej eleganckie metody uczenia się. Ja ciągle preferuję doświadczanie.


Gdy zachciewa mi się jechać na wycieczkę po wyspie, Don natychmiast udaje się do najbliższego rent-a-car i jedziemy! Nigdy taki nie był w czasie naszego krótkiego małżeństwa. Żartujemy sobie z siebie, ciesząc się, że w czasie rozwodu nie zniszczyliśmy swojej przyjaźni. Miłość minęła, przyjaźń została. Oboje dzięki temu jesteśmy bogatsi. Oboje wygraliśmy. Żadne z nas nie przegrało. Tego dnia w drugim końcu Santorini odnajdujemy małą wioskę rybacką Ammoudi, gdzie jemy pyszne greckie śniadanie, a potem jeszcze raz wracamy wieczorem na kolację przy pełni księżyca. Tu na kolację wychodzi się o 22.00 i siedzi do rana. Bo życie w tej bajce jest takie dobre, przynosi same dobre doświadczenia.

Wybieram w moim życiu tylko doświadczenia służące mojemu najwyższemu dobru. Wszystko, czego doświadczam, jest dla mnie dobre.

W głowie dźwięczy mi głos Haliny Frąckowiak:

Życie jest piękną jabłonią
Wystarczy owoców, wystarczy cienia
Dla tych, co pod nią się schronią.
Przecież tak dobre jest życie!

Na Santorini życie jest drzewem figowym. Siedzę w jego cieniu wystarcza mi owoców i wystarcza mi cienia. Jestem rozmarzona i utulona dobrocią życia. Szukaj swojego „drzewa figowego”, aż je znajdziesz. Warto!
Nie mogę dzisiaj zejść z tej plaży. Siedzę na kamieniach, słucham szumu fal. Słucham i żegnam się z morzem. Przychodzenie, odchodzenie. Fala za falą przychodzi i odchodzi.

Od wieki wieków tak samo. Kiedyś Adrianna w Zakopanem wskazała palcem na Giewont, widoczny z okien jej domu na Kościelisku: A on ciągle stoi. I będzie stał przez wieki.

Cuda i błogosławieństwa. Obyśmy umieli je rozpoznać i potraktować z należnym szacunkiem i wdzięcznością.

Ewa Foley

8

www.ewafoley.pl

880a9b5f91728cb55e8766da502e16d9e902e8da

Kopalnia diamentów (Ewa Foley, fragment książki „Powiedz życiu tak”)

Kopalnia diamentów

Russel H. Conwell, korespondent amerykański, wygłosił wykład pod powyższym tytułem ponad 6.000 razy w latach 1877 – 1925. Po jego publikacji stał się on klasyką literatury inspirującej Gdy słyszałam ten wykład po raz pierwszy zrozumiałam dlaczego.

27f578e3760db8bc3e49cbaaa4de98a324fbcf3a

W tym wykładzie Conwell opowiada o życiu perskiego farmera Ali Hafeda. Któregoś dnia Hafed sprzedał swoją farmę, odszedł od rodziny i udał się w podroż dookoła świata w poszukiwaniu bogactwa. Szukał wszędzie diamentów, których pożądał tak bardzo. W końcu, po wielu latach tułaczki, samotny i bezdomny, w desperacji targnął się na własne życie. To poszukiwanie bogactwa go zabiło. W międzyczasie, farmer, który kupił ziemię od Hafeda był teraz wdzięczny za każde źdźbło trawy, które teraz do niego należało i wlewał miłość i ciężką pracę w swoją nowo-nabytą posiadłość. Każdego wieczora, jedząc owoce swojej ciężkiej pracy przy wspólnym stole ze swoją rodziną cieszył się tym co ma. Był zadowolony z życia. Któregoś dnia zrobił zdumiewające odkrycie. W opuszczonym przez Ali Hafeda ogrodzie odnalazł kopalnię diamentów. Prosty farmer miał bogactwo przekraczające jego najśmielsze oczekiwania!

Conwell używał tej przypowieści, aby przekazać cudowne i niezwykłe posłanie: w każdym z nas jest źródło obfitości i są ziarna wielkości. Na każdego z nas czeka osobiste marzenie. Czeka abyśmy je odkryli i zrealizowali. Jeżeli pielęgnujemy swoje marzenia oraz inwestujemy miłość, twórczą energię, upór i pasję w siebie samych, to osiągniemy autentyczny sukces.

Gdzie jest twoja kopalnia diamentów? Jeżeli mógłbyś/mogłabyś robić co tylko sobie zażyczysz – co by to było? Tak! Właśnie to! To, co w tej chwili wydaje Ci się zupełnie niemożliwe! Czy otworzyłabyś sklep, czy poświęciłbyś więcej czasu rodzinie, czy zaprojektowałabyś sukienkę wieczorową, czy zbudowałbyś wioskę ekologiczną, czy napisałabyś scenariusz filmowy lub książkę, która zmieni ludzkie życia?

W każdym z nas czeka kopalnia diamentów. Czeka aż ją odkryjemy, otoczymy opieką i zaczniemy kopać. Wszyscy mamy miejsce, od którego możemy zacząć. Puść wodze swojej wyobraźni, bo to ona zawiera matrycę twojej duszy na spełnione życie. Na wybranej przez siebie ścieżce życia zorientujesz się, że sukces, autentyczne szczęście, finansowe zabezpieczenie i spełnienie są tak blisko jak twój ogród. Mam nadzieję, że już jesteś bliżej swojej Kopalni Diamentów.

„Jesteśmy tym, co robimy najczęściej. Doskonałość nie jest zatem uczynkiem, ale zwyczajem.”

„Są tylko dwa sposoby na życie. Jeden to życie tak, jakby nic nie było cudem. Drugi to życie tak, jakby wszystko było cudem.”

Albert Einstein

With love

Ewa Foley, fragment książki POWIEDZ ŻYCIU TAK

Obiecałam Maćkowi (wywiad Renaty Dziurdzikowskiej z Ewą Foley)

ZWIERCIADAŁO listopad 2014. Temat miesiąca: Gdy dzieci odchodzą. Renata Arendt-Dziurdzikowska, wywiad z Ewą Foley.

10474624_10152856465837994_4300138669291338111_n

Ewa Foley: „Mamy zobowiązanie wobec tych, którzy odeszli, żeby odbyć żałobę, a potem żyć swoim pełnym życiem. Ja takiego wyboru dokonałam. I dokonuję go codziennie. Mój syn żył AŻ 27 lat. Codziennie za to dziękuję.”

Ewa Foley:- Spotkanie ze mną często wydobywa w innych matkach głęboko skrywany, tłumiony lęk o swoje dziecko: „A co będzie, jeśli jej/jemu też coś się stanie?” Lęk ogromny, największy.

– Nie jesteśmy pewni dnia ani godziny. Twój syn zginął nagle.

– Wiesz, od pięciu lat prowadzę otwartą grupę wsparcia dla matek, które straciły dorosłe dzieci. Każda kobieta, która przychodzi do nas, mówi to samo: „Byłam otoczona ludźmi, teraz zrobiło się pusto.” „Znajomi mnie unikają, jakbym była trędowata.” Ludzie nie wiedzą, jak się wobec nas, matek w żałobie, zachować, czy i co powiedzieć…

– Ty byłaś i jesteś otoczona bliskimi ludźmi.

-Tak, to dzięki nim żyję. W najgorszym dla mnie okresie nie odstępowali mnie na krok, czuwali. To jest krąg bardzo świadomych osób, które wiedziały, że nie mogą zostawić mnie samej, szczególnie w czasie między śmiercią, a pogrzebem Maćka. To bardzo trudny czas. Nie chciało mi się żyć. Chciałam iść do mojego dziecka, do Światła…

– Nawet, gdy odeszło jako dorosłe?

– Uważam, że nie ma znaczenia, czy dziecko miało dwa lata, dwanaście, czy dwadzieścia siedem, jak mój Maciek. Nieważne też, czy matka straciła jedyne swoje dziecko, czy ma jeszcze inne. Nawet jeśli pozostałe żyją, to jedno nie żyje… Gdy do naszej grupy wsparcia „osieroconych” matek przychodzą nowe matki, mówią tylko o tym dziecku. My słuchamy, bo rozumiemy, że matka po śmierci dziecka jest monotematyczna, chce mówić tylko o tym. Mnie przez rok nie interesował żaden inny temat. Jest ogromna potrzeba opowiadania, a ludzie boją się słuchać.

– Jak dalej żyć mimo tego, co się wydarzyło? 

  • I czy w ogóle żyć? W kręgu matek opowiadamy, jak sobie radzimy, co przeżywamy. Płaczemy, śmiejemy się, pokazujemy zdjęcia swoich dzieci, odwiedzamy ich groby. Można wyrazić ból na swój własny sposób, tak długo jak potrzebujemy. Moc jest w tym, że ktoś słucha i nie ocenia. Obserwujemy różne postawy, co pomaga kształtować własną postawę. Gdybyśmy opowiadamy o tym, co nas spotkało, matce, której dziecko żyje, ona nie miałaby pojęcia, o czym mówimy, to nie do pojęcia.
  • Na pogrzebie otoczona murem przyjaciół, prosiłaś, aby cię nie przytulać.

– Byłam w szoku. Bolał mnie każdy milimetr ciała. Dotyk był nie do zniesienia. Trzy miesiące po śmierci Maćka poszłam na szamański warsztat w nadziei, że prowadzący szaman pomoże mi ukoić ból. I pomógł! Ale na przerwie, tuż mojej pięknej ceremonii uzdrawiania ruszyła w moją stronę grupa zapłakanych kobiet. Rzuciły się na mnie, żeby się poprzytulać, jedna wysmarkała mi się w bluzkę… Zaczęłam im podawać chusteczki, pocieszać je. Poprosiłam cicho i uprzejmie, żeby zostawiły mnie w spokoju i odeszłam. Obraziły się, potem słyszałam plotki, jaka ta Ewa Foley jest oschła i nieprzystępna. A przecież to ja potrzebowałam pomocy!  Zrozumiałam wtedy, że nie mogę się przez jakiś czas pokazywać publicznie, bo nie wszyscy panują nad swoimi emocjami. Matki w żałobie nie potrzebują ludzi, którzy nie panują nad sobą. To nie jest pomoc.

– Indianie mają określenie na sieć bliskich ludzi, którzy nas w życiu otaczają: holy-net, „święta sieć”. Jeśli będziemy słabi, wtedy ta społeczność świadomych ludzi złapie nas i uniesie. 

– Moja sieć mnie mocno złapała i uniosła. Zresztą niesie do dzisiaj, 9 lat od śmierci Maćka. Mój bliski przyjaciel Zygi po prostu wprowadził się do mnie, ubierał mnie, karmił, trzymał w ramionach gdy szlochałam, i tak doholował do pogrzebu. Najlepsza przyjaciółka przyjechała z zagranicy, siedziała przy mnie i słuchała tak długo, jak potrzebowałam mówić. Inne kobiety z najbliższego kręgu robiły zakupy, gotowały zupy i gorące posiłki dla całej naszej rodziny.  Miałam wokół siebie strażników, którzy przypominali mi, że trzeba wstać z łóżka, coś zjeść, umyć się. Najgorsze, co może przydarzyć się matce w żałobie, to pozostawienie jej samej sobie. Gdy po Warszawie gruchnęła wieść, że Maciek nie żyje, mój mistrz jogi Sławomir Bubicz przysłał mi rano smsa: „Jak tylko będziesz gotowa spotkać się ze mną, jestem.” Byłam gotowa od razu, potrzebowałam jego siły. Przyjechał od razu. Przywiózł i dał mi najcenniejszą rzecz, jaką miał: zasuszony listek z słynnego drzewa nieśmiertelności w Indiach. Dostał go od swojego mistrza z przekazem, że gdy będzie miał trudną chwilę w życiu, ma zjeść kawałek tego listka. Zjadłam go ja.. a Sławek siedział na podłodze w moim mieszkaniu, czuwał przy mnie przez cały dzień. Dzisiaj rozumiem, że trzymał pole, energię. Po południu powiedział, że chciałby jechać na miejsce wypadku. Dołączyli inni mężczyźni. Pojechali z otwartym sercem, szałwią i dzwonkami, żeby zrobić ceremonię energetycznego oczyszczenia tego miejsca. Zmyli z asfaltu krew Maćka…

– Duchowi wojownicy. 

-Tak! Jest wielu wspaniałych, wrażliwych i mądrych mężczyzn na tym świecie. Gdy trzeba było zidentyfikować ciało, pojechali do kostnicy towarzyszyć Maćka ojcu. Dobrze się stało, że byli obecni…Dla mnie to bardzo poruszające, że ci ojcowie pomyśleli o ojcu, który będzie miał ostatnie spotkanie ze swoim dzieckiem w trumnie. Obstawili trumnę, stali jak eskorta. Potem tata Maćka poprosił, żeby zostawili go na chwilę samego z synem. Kontakt z ciałem jest bardzo ważny. To ciągle jest żywe w tradycjach wiejskich, że ciało się pokazuje i przez kilka dni bliscy, rodzina i sąsiedzi mogą przyjść się pożegnać. Ja miałam wielkie szczęście: prokurator spóźniał się na miejsce wypadku i dlatego mogłam być z ciałem mojego dziecka ponad godzinę. Bardzo to doceniam. To był ważny czas…

– Maciek był przystojnym, pełnym wdzięku, świetnie wykształconym mężczyzną.

– Tak skończył studia marketingowe, robił studia dyplomatyczne, miał wspaniałą pracę, właśnie awansował na stanowisko project managera. Zakochał się z wzajemnością w pięknej młodej kobiecie, planowali wspólną przyszłość, dzieci… Przez długi czas nie mogłam tego pojąć: dlaczego żył tylko 27 lat? Dlaczego został zaprzepaszczony tak nieprawdopodobny potencjał? Wypadek wydarzył się w Wielką Sobotę, Wielkanoc roku 2005, dziewięć lat temu. Byłam u przyjaciół na „jajeczku”. Zadzwonił Maciek, głos miał radosny i szczęśliwy: „Mama, jesteś w domu? Jadę do ciebie na motorze!” Jakim motorze??? Przecież on nie jeździł na motorze! Dwadzieścia minut później już nie żył. Rozbił się na motorze, pięć minut od domu, zginął na miejscu. Telefon zadzwonił po raz drugi. O Boże, nigdy tego nie zapomnę. Dzwonił przyjaciela Maćka, który jechał też na motorze za nim. W słuchawce rozpaczliwe: „Był wypadek.” Gdzieś w sobie na głębokim poziomie wiedziałam, że Maciek nie żyje. Wstałam od stołu i wypadłam z domu jak oszalała. Jechaliśmy na miejsce wypadku we czworo: ja, moja siostra z mężem i Zygi. Prowadził szwagier. Gdybym jechała sama, rozbiłabym się na pierwszym drzewie, to pewne. Jak to jest na poziomie duchowym misternie utkane: miałam przeżyć. Moi najbliżsi nie pozwolili mi prowadzić samochodu, potem cały czas mnie pilnowali. Gdy zobaczyłam ciało Maćka na środku jezdni przykryte czarną plandeką, chciałam rzucić się pod pierwszy nadjeżdżający samochód. Zygi złapał mnie, pociągnął do tyłu, uratował mi życie. Krok po kroku przyprowadzał mnie do ciała Maćka. Bardzo delikatnie zdjął plandekę. Patrzyłam w martwe oczy swojego dziecka. Te piękne szaro-zielone, szeroko otwarte oczy… bez życia.. Dlaczego, gdy ludzie umierają mają otwarte oczy? Zygi bez wahania podszedł i zamknął Maćkowi oczy, przytrzymał na nich dłonie i zaczął się modlić. Ale cały czas patrzył na mnie, pilnował mnie. Potem sporo czasu w terapii zajęło mi przetworzenie tego obrazu: patrzę w twarz mojego dziecka, a tam nie ma życia. I ten gest zamknięcia oczu przez przyjaciela. Nigdy mu tego nie zapomnę. On przecież kochał Maćka, a jednak mimo bólu, znalazł takie miejsce w sobie, żeby – z szacunku do życia i do śmierci – zrobić to, co należało: przypilnować matkę i zamknąć oczy dziecku. Klęczałam, trzymałam syna za stopy w motocyklowych butach, skąd on miał te buty? Te rękawice? Taka myśl: „Moje dziecko umiera.” Widziałam, że nie żył, ale przecież my nic nie wiemy o procesie umierania. Jakimś szóstym zmysłem „zobaczyłam” wychodzącą z ciała duszę Maćka i usłyszałam wyraźnie jego głos w mojej głowie: „Mamo, wszystko jest w porządku. All is well”. Maciek wychował się w Australii i często mówił do mnie po angielsku. Potem przypomniał mi się poród.

– Poród?

– Jego życie zaczęło się od przejścia przez moje ciało. Na sali porodowej w Szpitalu Bielańskim byłam bardzo przytomna i bardzo obecna. Bardzo świadoma, że oto wydarza się najważniejsza podróż mojego dziecka, które przeciska się przeze mnie. Ja i mój ból nie były istotne. Istotny jest komfort tego ciałka, które właśnie się rodzi, tej duszy. Cała moja uwaga była skupiona na przywitaniu dziecka. A teraz moje dziecko umiera, a ja muszę zrobić to samo; skupić całą uwagę na jego odejściu. To przypomnienie porodu bardzo mi wtedy pomogło; mimo, że czuję niewyobrażalny ból, mam być przytomna i obecna, ponieważ moje dziecko potrzebuje mnie tak samo jak wtedy, gdy się rodziło. Wiedziałam, że nie mogę teraz wyć z bólu; że na to przyjdzie czas, ale nie teraz, nie teraz!. Miałam takie wewnętrzne przekonanie, że gdy będę go trzymać za stopy całkowicie pogodzona z tym, co się dzieje, jemu będzie łatwiej przejść do Światła przez te wszystkie duchowe plany, o których istnieniu słyszałam. Czy to była moja konfabulacja, czy też miałam moment oświecenia, tego nie wiem. Ale ten przekaz „mamo, wszystko jest w porządku”, dał mi ukojenie. Odmówiłam znieczulającego zastrzyku. Byłam przytomna i obecna z moim synem, aż zabrali jego ciało w czarnym worku. To było najtrudniejsze… To pożegnanie.

Kilka tygodni potem dokonałam świadomego wyboru: wracam do życia, żeby uhonorować jego życie. Bo wiesz, mnie się żyć naprawdę nie chce. Jestem gotowa umrzeć dzisiaj, w tej chwili.

– W jaki sposób tak wybierając, możesz uhonorować jego życie?

– Ja moje dziecko naprawdę znałam i wiem, że gdyby on tam z góry popatrzył na mnie i zobaczył, że jestem w rozpaczy, na antydepresantach, zwiesiłam moje życie na kołek i snuję się w brudnych dresach, palę papierosy albo piję alkohol, byłby bardzo niezadowolony! Często z Maćkiem rozmawiam. Proszę go o rady, pomoc i przewodnictwo. Wierzę, że teraz jest moim przewodnikiem duchowym. Mam z nim dalej dobry kontakt, pod tym względem nic się nie zmieniło. Cały czas jestem jego mamą. W czasie jednej z takich rozmów dostałam wyraźny przekaz: „Mamo, bądź szczęśliwa! Bo ja jestem szczęśliwy. Wszystko jest w porządku. All is well.” Powiedziałam: „Dobrze synku.” Jak mogłabym odmówić prośbie mojego dziecka? Ja wiem, że się spotkamy. Niedługo, mam nadzieję… Ten czas, który mam do naszego spotkania w Świetle, wypełnię taką aktywnością, aby mój syn miał satysfakcję, że dotrzymałam obietnicy. To jest moje zobowiązanie wobec niego. Często myślę o tym, jak to by było, gdyby role się odwróciły, gdybym to ja pierwsza odeszła. A on wtedy pogrążyłby się w depresji i przestał cieszyć się życiem… No – chyba by mnie wkurzyło, że moi bliscy nie radzą sobie z moim odejściem. Zatem myślę, że my, którzy zostajemy tutaj, mamy zobowiązanie wobec tych, którzy odeszli, żeby odbyć żałobę, a potem żyć swoim pełnym życiem. Ja tego wyboru dokonuję codziennie. Codziennie nie chce mi się żyć dalej, mam takie dni, że ciężko mi wstać z łóżka, ale biorę głęboki oddech i mówię sobie: „Z miłości i z szacunku do mojego dziecka to będzie najlepszy dzień reszty mojego życia.”

– Czy po takim doświadczeniu możliwe jest odnalezienie sensu życia dla siebie?

– Dobre pytanie… Nie wiem. My, rodzice w żałobie, przyzwyczajamy się do życia z bólem, z tęsknotą, bo możliwości adaptacyjne ludzkiej psychiki są fenomenalne. Ale ten ból nigdy nie jest mniejszy, gdy się pojawia, nawet jeśli od śmierci dziecka minęło wiele, wiele lat. Ja nie szukam sensu życia, raczej nadaję mojemu życiu sens każdego dnia od nowa: dzisiaj przyczynię się do szczęścia osób, których spotkam na mojej drodze, dzisiaj zadbam o siebie, o moje ciało i psychikę, przeczytam dobrą książkę, pójdę do kina czy teatru, posłucham kojącej muzyki, nauczę się czegoś nowego (teraz uczę się hiszpańskiego), pomedytuję, poprzytulam się do dzieciaków i wnuków moich sióstr, pochwalę dobrym słowem, zrobię coś użytecznego dla innych. Myślę, że to może być dobra strategia na życie, nie trzeba czekać na tragedię żeby tak żyć… Sens mojego życia to jest bycie w służbie. Moją nadrzędną wartością jest użyteczność: lubię się przydać. Mam 62 lata i właściwie nie musiałabym już pracować, ale kocham moją pracę, spotkania z ludźmi, szkolenia, warsztaty, kręgi kobiet, które prowadzę. Moją misją jest kształcenie ludzi w sztuce świadomego życia. Nie pozwalam sobie, aby moje złe samopoczucie zatrzymało moje działania. To, jak się czuję, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Czasem kobiety mówią: „A wiesz, nie ugotowałam dzisiaj zupy dziecku, bo źle się czuję.” Pytam wtedy: „A co ciebie obchodzi, jak się czujesz? Zupa ma być ugotowana.” Są rzeczy do zrobienia, więc trzeba je zrobić. Taka jest moja postawa wobec siebie i wobec życia. Nie pobłażam sobie i nie użalam się nad sobą. Cieszę się tym, co mam.

– To się nazywa samodyscypliną.

– To się nazywa świadomy wybór. Zaczęłam pytać siebie, jakie działania muszę podjąć, aby poczuć się lepiej. Zanurzyłam się w praktykę, którą propaguję od lat, czyli w modlitwę wdzięczności. Codzienne powtarzałam sobie, jak bardzo jestem wdzięczna, iż Maciek żył AŻ 27 lat. Zaczęłam prowadzić dzienniczek wdzięczności: codziennie wieczorem pisałam za co jestem tego dnia wdzięczna…Zaczęłam cenić to, co mam TU I TERAZ. Pomogła mi literatura. Znalazłam książki anglojęzyczne napisane przez matki, które straciły dorosłe dzieci. Aldous Huxley w swojej „Filozofii wieczystej” napisał: „Doświadczenie to nie jest to, co nam się przydarza. Doświadczenie to jest to, co robimy z tym, co nam się przydarza.” To także moje przesłanie. Nie mogę zmienić doświadczenia; moje dziecko nie żyje, i nic tego nie zmieni. Ale mogę zmienić moją postawę, nastawienie. Wybór to wewnętrzna decyzja.

– Już dwa miesiące po pogrzebie Maćka zdecydowałaś się poprowadzić zaplanowany rok wcześniej tygodniowy warsztat dla kobiet. Wymagające wyzwanie.

– Siedziałam przez tydzień w kręgu kobiet, które wiedziały, co wydarzyło się dwa miesiące wcześniej. Prowadziłam zajęcia, ale gdy przychodziła fala rozpaczy i tęsknoty, zadawałam ćwiczenie, a sama brałam paczkę chusteczek i wyłam. Nikt nie wychodził z sali, nikt mnie nie opuszczał: robiły swoje ćwiczenia, a ja płakałam. Jaka kultura duchowa tych kobiet, tych matek! To było najlepsze, co mogło się wydarzyć: zobaczyłyśmy, że my kobiety możemy być silne i słabe, i że objęcie zarówno siły, jak i bezradności, kruchości daje pełnię. Siła bez słabości jest nic niewarta, a nawet jest niebezpieczna. Ta grupa przeniosła mnie w inne miejsce, w inny wymiar rozumienia życia i śmierci, przychodzenia i odchodzenia.

– Kiedy pierwszy raz po śmierci Maćka roześmiałaś się, ale tak całą sobą, z trzewi?

– Na stypie, kilka dni po pogrzebie. Zaprosiłam całą rodzinę i Maćka najbliższych przyjaciół ze szkoły i z pracy. Popłynęły opowieści o jego niezwykle pozytywnej postawie i pogodnej naturze, o tym odjazdowym poczuciu humoru, o tym jak wkręcał, nabierał, opowiadał niestworzone historie, jakie cudne niespodzianki robił… Śmieliśmy się do rozpuku, a potem płakaliśmy… Podjęłam wtedy decyzję, że nie będę obchodziła rocznicy śmierci Maćka, tylko rocznicę jego urodzin, 8 marca. W tym dniu co roku przychodzą Maćka przyjaciele z tortem urodzinowym, stawiamy jego zdjęcie, wspominamy i świętujemy. To mi bardzo pomogło: żeby świętować jego przyjście na świat i wszystkie radosne skojarzenia z tym związane. W rocznicę śmierci czasami chodzę na cmentarz, ale nigdy sama. To ciągle zbyt trudne.

– Co potrzebujemy wiedzieć, aby wspierać ludzi w żałobie?

– Przede wszystkim trzymać język za zębami, uważnie ze słowami! Żadnych dobrych rad! Gafy, które ludzie popełniają, nie wiedząc jak się zachować i co powiedzieć, są czasami trudne do udźwignięcia. Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, nie mów nic, nie ryzykuj, nie gadaj byle czego, nie pleć głupot. Nie mów: „Wiem, co przechodzisz, co czujesz.” To doprowadza nas do rozpaczy. Przecież nie wiesz! Nie masz pojęcia! Skąd możesz wiedzieć, skoro nie masz dzieci albo twoje dziecko żyje. Nie mów, że rozumiesz, bo nie rozumiesz. Poczekaj… Najczęściej osoba w żałobie potrzebuje tylko obecności, ponieważ czuje się bardzo zagubiona i opuszczona. Ta nieobecność dziecka jest straszna i rozlewa się we wszystkie obszary życia. Więc usiądź na kanapie i czekaj. Może zacznie mówić. Bez względu na to, jak to przyjmujesz, jak to przeżywasz – po prostu słuchaj. Komentarze, które najbardziej ranią: „Już minęło pół roku! Zbierz się do kupy!” „Wierzysz w Boga i rozpaczasz?” „Bóg go zabrał, Bóg tak chciał.” „Jemu jest lepiej tam, gdzie teraz jest.” Powiedzieć coś takiego matce jest po prostu głupie i okrutne. No bo jak to lepiej? Najlepiej było mu przy mnie, bo jestem jego matką!

Warto też oczywiście zadać pytanie: co mogę dzisiaj dla ciebie zrobić? I być przygotowaną na to, że trzeba będzie zapytać z pięć razy, ponieważ osoba w żałobie naprawdę nie wie, czego potrzebuje.

– Jeśli powie, że niczego nie chce?

  • Nie należy się zniechęcać: nawet, jeśli odmawia, warto zaproponować uprasowanie sukienki, poczytanie książki, spacer, kino. Zajrzyj do lodówki, sprawdź, czy ma co jeść. Ugotuj coś dobrego, wartościowego – naleśniki, placki ziemniaczane, zupę porową – i przynieś. Postaw dwa talerze i zacznij jeść. Ona w końcu też zacznie. Powiedz: „Wypijmy razem herbatę.” Być może tama puści i matka w żałobie zacznie mówić. Świadomość, że ktoś nie boi się mojego bólu, poświęca mi czas, uwagę, interesuje się mną, daje niesamowite ukojenie. My matki w żałobie mamy dorosłe ciała, ale w środku jesteśmy bezradne i zagubione jak dzieci. Jesteśmy kruche i bezradne, przechodzimy przez bardzo trudne doświadczenie. Często nie mamy pojęcia, kim jesteśmy i czego chcemy. Jeśli możesz swoją obecnością i życzliwością nam towarzyszyć, a tym samym ulżyć w bólu, zrób to. Jedna z psycholożek amerykańskich Charlotte Mathers (autorka książki „And a Sword Shall Pierce Your Heart – Jak radzić sobie po śmierci dziecka)” zajmująca się zagadnieniami związanymi z żałobą napisała, że rodzice po śmierci dziecka nie są do końca normalni. Ta trauma powoduje neurologiczne zmiany w mózgu, niektóre jego obszary często przestają działać. Ludzie wyglądają normalnie, ale nie myślą logicznie. To abstrakcja, więc dam ci przykład: jeszcze dwa lata po śmierci Maćka nie mogłam wyrzucić ostatniej pary jego butów. Co myślałam? „A jeśli przyjdzie do domu, to co założy na nogi?” A przecież wiem, że on nie żyje. Gdybym poszła z tym do psychiatry, dałby mi leki. Nikomu o tym nie mówiłam, dopóki nie przeczytałam o tych zmianach w mózgu, które owocują nielogicznym myśleniem, zanikami pamięci, i że to zupełnie normalne po przeżyciu takiej traumy. Chciałabym, aby ludzie to wiedzieli i okazali nam odrobinę miłosierdzia i zrozumienia.